Gazeta niezależna. Piszemy o Trójmieście i okolicach.    ISSN 2081-8777.
Napisz do nas:  redakcja@nadmorskiraport.pl

Zamiast strzelać – porażą
(...) To się ma zmienić – wreszcie policjant będzie się bał użycia broni mniej od przestępcy. Obok broni palnej mają wejść w użycie dwustrzałowe paralizatory elektryczne.
Gorzej, gdy przyjdzie strzelić w opony samochodu, który nie zatrzymał się do kontroli... Czytaj dalej

Nie musimy płacić mandatów Straży Miejskiej
Dostałeś już mandat z fotoradaru albo kamery na skrzyżowaniu? „Nie bój nic” - jak mówiono we wciąż aktualnym "Misiu" -  dostaniesz. Maszynka do wyłudzania pieniędzy od kierowców kręci się w najlepsze. Czytaj dalej

Będzie śmiertelny wypadek!
Komendant tamtejszej Straży Miejskiej dowodzi, że od kiedy zamontowano kamerę, nie doszło do żadnego poważnego wypadku.
Wypadek jednak będzie, i to śmiertelny. Poirytowani kierowcy zatłuką Komendanta.   Czytaj dalej

Rumski haracz
Ruszył przetarg na budowę systemu "Odcinkowego pomiaru prędkości". Jedną z dwóch lokalizacji będzie 2 kilometrowy odcinek pomiędzy Rumią a Gdynią.
Czytaj dalej

Mniej pijemy, więcej zabijamy
Czarna seria śmiertelnych wypadków, powodowanych przez pijanych kierowców jeży włos na głowie. Tymczasem według raportu TNS Polska „Spożycie alkoholu w Polsce w 2012 r.” co 6. Polak w ogóle nie pije alkoholu, a odsetek abstynentów rośnie wraz z wiekiem.    Czytaj dalej

Chłopiec do bicia (w sutannie)
Czy już zauważyliście, Drodzy Czytelnicy, że trwa intensywna obróbka Waszych mózgów? Telewizyjne wiadomości, wzorem Pawłowa, wyrabiają w nas konkretne skojarzenia.
Widok księdza ma przywołać obraz pedofila, arcybiskupa - wcielonego zła, kościoła - ciemnogrodu. Za to homoseksualizm jest postępowy i europejski a Bruksela to miasto z którego niepowstrzymanym strumieniem płyną do nas miliardy. Czytaj dalej

POLOWANIE NA KIEROWCÓW

Odpowiedź na pytanie: „po co wprowadza się ograniczenia prędkości” jest pozornie oczywista: żeby na drogach było bezpieczniej.
U nas ograniczenia te wprowadza się jednak w innym celu. Weźmy ulicę Morską – odcinek od Janowa do Cisowy. Nie ma tam przejść dla pieszych, są za to dwa pasy ruchu w każdą stronę. Po jednej stronie las, po drugiej kilka firm.
Obowiązuje na nim jednak ograniczenie do 50 km/h, takie samo jak na jednopasmowej drodze projektowanej dla dorożek w Pcimiu Górnym, pomiędzy szkołą podstawową i kościołem.
Taka sama sytuacja jest też na ulicy Hutniczej – od przejazdu kolejowego do wiaduktu w Janowie. Droga na tym odcinku jest jedną z szerszych w Gdyni. Prosta, płaska. Żadnych osiedli mieszkaniowych, szkół, na chodnikach zupełne pustki. Po obydwu stronach ulicy teren typowo przemysłowy.

Ślązak z Gawrona

  Stocznia Marynarki Wojennej w Gdyni wyposaża kadłub niedoszłej korwety „Gawron”. Niedoszłej, bo zamiast korwety powstanie patrolowiec „Ślązak”.
Po wielu latach usiłowań okazuje się, że Polska nie jest w stanie wybudować jednego, niewielkiego okrętu wojennego. Ściślej, nie jest w stanie poskładać go według dostarczonych przez Niemców rysunków. Okręt powstawał bowiem na licencji stoczni Blohm und Voss z Hamburga.
Byłaby to antyreklama dla  polskiego przemysłu stoczniowego – gdybyśmy przemysł taki mieli. Stocznia Marynarki Wojennej jest w upadłości likwidacyjnej – nie ze swojej przecież winy. W czasie, gdy poprzedni prezes walczył o utrzymanie jej na powierzchni, polska Straż Graniczna zamawiała kutry pościgowe w... Wietnamie. Nawet nie wysłała zapytania do gdyńskiego zakładu! Sama Marynarka remontowała wówczas jeden ze swoich wraków podwodnych. Czy zleciła robotę własnej stoczni? Uchowaj Boże!
Przypomnieć należy, że za czasów gdy ministrem obrony był Komorowski zasadna była budowa siedmiu takich korwet. Obecnie dokończenie budowy jednej jednostki jest „bezsensowne”: „Nie ma potrzeby budowy i użytkowania dużych maszyn bojowych na Bałtyku" Z tą wielkością to chyba przesada. Okręt ma bowiem raptem 90 metrów długości. Zacumowany na stałe przy Skwerze Kościuszki w Gdyni polski niszczyciel - muzeum z czasów II Wojny Światowej, ORP Błyskawica, jest dłuższy o 24 metry. Był także szybszy od Gawrona – i to o całe 10 węzłów.
Co ciekawe sześć korwet klasy Gawrona kupiła kilka lat temu Malezja. Przywiezione w częściach z Niemiec, montowane były w tamtejszych stoczniach. Teraz Malezja sama oferuje budowę takich jednostek.
My wydaliśmy na Gawrona (przez 10 lat) 400 mln zł. Tymczasem na zabawę w wojnę w Afganistanie wydajemy 400 mln zł każdego roku, a roczne utrzymanie brytyjskiego dworu królewskiego jest (w przeliczeniu) o 30 mln zł tańsze, niż kancelarii polskiego Prezydenta.
Na dokończenie jednego, niewielkiego okrętu nas jednak nie stać.
Paweł Malicki

Bądźmy dumni!
Jakoś bez echa przeszło osiągnięcie przez nasz kraj pierwszego biliona. Na dzisiaj jest już jeden bilion i trzydzieści trzy miliardy. Wynik niezły, choć silnie zaniżony. Bez zobowiązań ZUS, długów Służby Zdrowia. Według niektórych ekonomistów nasz rzeczywisty wynik to nawet trzy biliony. Niejaki Gierek Edward ze swoim 17 miliardami dolarów to zwykły – pardon – cienias.
Powinniśmy być dumni, bo udała nam się sztuka niebywała, której chyba nikt na świecie nie dokonał. Jednocześnie wyprzedaliśmy właściwie cały majątek narodowy i zadłużyliśmy państwo na ponad bilion złotych – niczego za to nie budując ani nie kupując. Kto jeszcze tak potrafi? Nikt!
Duma mnie po prostu rozpiera.
Jasiu K.

Unia kategorii II

O tym, że Polacy są traktowani inaczej, niż członkowie „starej” unii, najłatwiej można się przekonać w sklepach – osobliwie spożywczych. To co używamy na co dzień, jemy i pijemy często tylko przypomina analogiczne produkty, które można kupić na zachód od Odry. Na dodatek w Polsce są one droższe, mimo iż zarabiamy kilkakrotnie mniej.
W Trójmieście powstają sklepy oferujące m.in. proszki do prania, dezodoranty, kawę, słodycze kupowane w niemieckich hurtowniach i przywożone do Polski prywatnym importem. Pozornie nie ma to sensu, bowiem takie same proszki czy czekolady znajdują się na półkach każdego polskiego sklepu. Zgadza się nazwa, producent, opakowanie jest identyczne. Marki też znane u nas doskonale: Ariel, Persil, Calgonit.

Przestańcie wmawiać nam, że jesteśmy narodem pijanych kierowców!

Mas Media z lubością informują nas o pijanych kierowcach tysiącami zatrzymywanych przez Policję. Przy okazji nasi zachodni sąsiedzi dowiadują się, że Polacy to nie tylko urodzeni złodzieje samochodów (o czym są głęboko przekonani), ale również jeżdżą bez wyjątku pijani do nieprzytomności.  Czytaj dalej




Nie musimy płacić mandatów Straży Miejskiej!

My, stado baranów

Dostałeś już mandat z fotoradaru albo kamery na skrzyżowaniu? „Nie bój nic” - jak mówiono we wciąż aktualnym "Misiu" -  dostaniesz. Maszynka do wyłudzania pieniędzy od kierowców kręci się w najlepsze.

Mistrzostwem w w tej konkurencji wykazały się władze Wejherowa, instalując na skrzyżowaniu drogi krajowej z lokalną (ul. Gdańska i Orzeszkowej) kamerę w taki sposób, by mandat zapłacił KAŻDY, kto będzie nie dalej niż ok. 20 metrów od skrzyżowani z chwilą zapalenia się żółtego światła, świecącego się dokładnie 3 sekundy.
Udowadnia to podręcznik do matematyki z klasy 6. szkoły podstawowej. Przy dozwolonej tam prędkości 70 km/h samochód pokonuje w tym czasie 58,33 metra. Przy 40 km/h tylko 33,3 metra.
Droga hamowania wynosi dla większości samochodów przy 70km/h całe 25 metrów, więc będąc bliżej nie ma sensu hamować – mandat i tak dostaniemy. Jeśli zaś pojedziemy dalej, to po trzech sekundach będziemy gdzieś w środku skrzyżowania. Proste i genialne.

Haracz na kulturę?

Muszą zdawać sobie z tego sprawę miejscy strażnicy i władze tego miasta – wszyscy setki razy przejeżdżali przez to skrzyżowanie. Mimo tego – a może właśnie dlatego – umieszczono tam kamerę, dzięki której wystawiono w ciągu trzech miesięcy 6 tysięcy mandatów na ponad 1,5 mln złotych.
Miasto gwałtownie potrzebuje tych pieniędzy. Wybudowało sobie (na kredyt) za prawie 60 mln złotych Filharmonię, którą trzeba utrzymać. Trzeba też spłacić 17 mln samych odsetek od zaciągniętego kredytu. W mieście przemysłu właściwie nie ma, nie ma kto płacić podatków. Wszystko co się dało już sprzedano, więc urzędnicy wpadli na genialny pomysł by zarabiać na kierowcach. Ponieważ spadły wpływy z fotoradarów stałych i mobilnego, wystawianego przez chowających się w krzakach (dosłownie) Strażników Miejskich, wymyślono instalację kamery.
Zdaniem wejherowskiego starosty Józefa Reszke: „Nikt tego dokładnie nie przemyślał, a pod względem technicznym zrobiono błędy”. Ależ przemyślał, i to bardzo dokładnie.
Co bowiem robi kamera Straży Miejskiej na wylocie z miasta, poza obszarem zabudowanym, na drodze krajowej? Czego tam szuka, może nielegalnych wysypisk śmieci?
Nie, te leżą w wejherowskich lasach i dobrze się mają, bo strażnicy zajęci są wypisywaniem dwóch tysięcy mandatów miesięcznie tylko z jednej kamery – a mają takie dwie. Druga jest na przeciwległym krańcu Wejherowa. Muszą też obsłużyć trzy stacjonarne fotoradary i jeden mobilny – wymagający stałej obecności schowanego w krzakach patrolu. Trzeba przejrzeć nagrania z kamer, obrobić zdjęcia z fotoradarów, ustalić personalia frajerów, którzy dali się złapać (pardon – miało być: „kierowców”), zaadresować koperty, gibnąć się na pocztę.
Ludzie, opamiętajcie się - nie można od Strażników wymagać cudów. Przy tej ilości obowiązków mają jeszcze łazić po mieście i sprawdzać kto wypieprzył śmieci na chodnik? Bez żartów.

Trybunał Konstytucyjny

Straż Miejska zwraca się  z automatu o dobrowolne przyznanie się do kierowania pojazdem lub wskazania, kto go podczas filmowania prowadził. Inaczej mówiąc, mamy dostarczyć Straży Miejskiej dowód obciążający nas, albo zadenuncjować kolegę (współmałżonka, dziecko czy kogo tam jeszcze).
Absurdalność tego żądania dostrzegł Trybunał konstytucyjny i 12 marca 2014 r. rzecz rozstrzygnął. Niestety uznał, że sam przepis o żądaniu ujawnienia sprawcy jest zgodny z konstytucją, ale zakwestionował jednocześnie sposób działania Straży Miejskiej.   Aby uniknąć wątpliwości, publikuję stosowny (końcowy) fragment orzeczenia: „(...) nie ma podstaw prawnych adresowanie do właściciela lub posiadacza pojazdu przez uprawniony organ alternatywnego żądania wskazania, komu został powierzony pojazd do kierowania lub używania w oznaczonym czasie albo przyjęcia mandatu karnego za popełnione wykroczenie drogowe. Jeżeli organ nie ma wątpliwości, kto jest sprawcą wykroczenia drogowego, co jest warunkiem koniecznym ukarania go mandatem karnym w postępowaniu mandatowym, nie może jednocześnie podejmować czynności zmierzających w kierunku ujawnienia innego sprawcy tego wykroczenia. Z drugiej strony, jeżeli organ ma wątpliwości co do tego, czy sprawcą wykroczenia jest właściciel lub posiadacz pojazdu, to – nie może go ukarać mandatem karnym".
Dla dociekliwych podaję adres strony internetowej Trybunału:
http://trybunal.gov.pl/rozprawy/komunikaty-prasowe/komunikaty-po
/art/6756-wskazanie-sprawcy-wykroczenia-drogowego/s/p-2713/

Co zatem mogą zrobić Miejscy Strażnicy? Niewiele, bo zgodnie z wyrokiem Sądu Najwyższego z dnia 12.12.2013 r. Straż Miejska nie posiada uprawnień oskarżyciela publicznego przed sądami do występowania z wnioskiem o ukaranie za wykroczenie określone w art. 96 par. 3 Kodeksu wykroczeń (żądania wskazania sprawcy wykroczenia). Ile razy od tego czasu bezprawnie oskarżali kierowców przed sądami jest kwestią osobną.

Teoretycznie mogą skierować sprawę do Policji, by ta wystąpiła przed sądem jako oskarżyciel. Mało to jednak prawdopodobne, bowiem wówczas ewentualna grzywna trafi do Skarbu Państwa i wejherowscy urzędnicy będą mogli się jedynie oblizać. Policja ma z kolei ważniejsze  zajęcia niż wypisywanie tysięcy dokumentów na zlecenie Straży Miejskiej, po to by karać za mocno naciągane  wykroczenia.
Jest jeszcze jeden aspekt sprawy -  w wejherowskim Ratuszu najwyraźniej nie znany - który może powstrzymać Policjantów od udziału w aferze z kamerą. Zwykła ludzka przyzwoitość.

Zakończenie

Komendant wejherowskiej Straży Miejskiej opowiada przed kamerami bezczelne kłamstwa o tym, że nie zależy mu na mnożeniu mandatów, zamiast przyjąć postawę „siadł i wstydził się” (K. O. Borhard). Szum zrobił się duży, więc pewnie tutaj władze Wejherowa w końcu ustąpią. Za kilka tygodni założą jednak w innym miejscu kolejną kamerę, fotoradar, odcinkowy pomiar prędkości. Złupią na nas kolejne kilka milionów.
Jak się obronić? Pamiętać należy, że w Wejherowie nawet słońce nie wschodzi bez osobistej zgody prezydenta miasta, Krzysztofa Hildebrandta. Przewodzi on ugrupowaniu "Wolę Wejherowo", które jest właściwie monopartią w Radzie Miasta. Nie jest możliwe, by afera z kamerą działa się bez jego przyzwolenia.
Mieszkańcy Wejherowa! Zróbcie przysługę reszcie świata i przy najbliższych wyborach podziękujcie tej ekipie za współpracę. Płacicie im wysokie pensje, żeby zakładali na was pułapki i prawem kaduka wyciągali Wam pieniądze z kieszeni. To nie jest normalne.

Co robić z kwestionariuszami przysyłanymi przez Straż Miejską? Póki co, można je spokojnie wrzucać do kosza. Nawet jeśli sprawa trafi do sądu -  sędzia też człowiek i może nie chcieć uczestniczyć w tej  moralnie obrzydliwej łapance.
Skończonym legalistom proponuję wysłanie pisemka o treści:

Wejherowo dnia …..

Nr sprawy (przepisujemy z wezwania)
Zgodnie z sentencją wyroku Trybunału Konstytucyjnego z 12 marca 2014 (Sygn. akt III KK 431/13) skierowane do mnie alternatywne żądanie wskazania: komu powierzyłem pojazd do kierowania lub używania  w dniu... albo przyjęcia mandatu karnego za wykroczenie drogowe zarejestrowane kamerą  wideo na skrzyżowaniu ulic Orzeszkowej i Gdańskiej w Wejherowie, nie ma podstaw prawnych. W związku z powyższym odmawiam zarówno przyjęcia mantatu jak i odpowiedzi na pytania z nadesłanego formularza.
Informuję jednocześnie, iż zgodnie z wyrokiem Sądu Najwyższego z dnia 12.12.2013 r. (Sygn. akt III KK 431/13) Straż Miejska nie posiada uprawnień oskarżyciela publicznego do występowania z wnioskiem o ukaranie za wykroczenie określone w art. 96 par. 3 Kodeksu wykroczeń.
Z poważaniem; …...................

 Co ważne - powyższe pismo jest uniwersalne - działa tak samo w przypadku fotoradaru (trzeba tylko zmienić adres i datę).
Piotr Bosse

„Autentyczny Moska”
Przed uroczystym otwarciem campusu

04 kwietnia nastąpi uroczyste otwarcie odnowionego kampusu gdańskiej AWFiS. Odnowionego, to właściwie złe słowo. Kojarzy się raczej z zabiegami kosmetycznymi, tym co na zewnątrz widoczne. W przypadku tego kampusu właściwsze będzie określenie „gruntowny remont”. Ze starych budynków pozostały właściwie tylko mury i stropy. Teraz ocieplone, pokryte nowymi elewacjami. Nowe są dachy, instalacje elektryczne, cieplne, podłogi, okna i drzwi. Wymieniono całą armaturę łazienkową. Nowe są nawet rurociągi doprowadzające ciepło do budynków.


Liczby nie kłamią, za to są naprawdę imponujące: docieplenie ścian zewnętrznych objęło  10700m2 – ponad hektar powierzchni! Ocieplono  i wymieniono pokrycie  na 7 tysiącach metrów kwadratowych dachów, czyli powierzchni równą wymiarom boiska piłkarskiego na Stadionie Narodowym.   Założono nowe opierzenia z blachy ocynkowanej o długości idącej w dziesiątki kilometrów. Łączna powierzchnia wymienionych  okien i drzwi  to 1500 m2. W ramach modernizacji systemu centralnego ogrzewania zamontowano nową instalację  z   grzejnikami wyposażonymi w  zawory termostatyczne. Także C.W.U. - ciepła woda użytkowa -  płynie do  baterii wodooszczędnych nowymi rurami. Energia do jej ogrzania pochodzi w dużej mierze z kolektorów słonecznych o powierzchni 226 m2. Nie zapomniano o wentylacji – świeże powietrze doprowadzane jest z 15 nowoczesnych central wentylacyjnych systemem nowych kanałów.
Wszystko to sterowane jest automatycznie dzięki zainstalowaniu najnowocześniejszych systemów. 
Jeszcze zagadka: czy całkowita zmodernizowana powierzchnia jest większa czy mniejsza od  powierzchni Ergo Areny?  Prawidłowa odpowiedź brzmi: na zmodernizowanej w AWFiS powierzchni można by zmieścić trzy i sześćdziesiąt cztery dziesiąte Ergo Aren. Całkowita modernizowana powierzchnia budynków wynosi bowiem 140 122 m².
Na większość tych prac udało się pozyskać środki z NFOŚiGW – dokładnie 9,3 mln złotych. Poniesione przez Akademię koszty były jednak wyższe – wykonano bowiem równocześnie  roboty towarzyszące za 1,3 mln zł, w tym m. in. modernizację schodów przez budynkiem głównym wraz z wykonaniem wejścia, remont zadaszenia nad forum studenckim, dodatkowe 4 centrale wentylacyjne, liczne roboty remontowe.
Wystarczyły cztery lata, by z typowej, ponurej soc-architektury zrobić nowoczesny campus. Rzecz nie tylko w tym, co widać na pierwszy rzut oka, ale w w wyposażeniu, którego nie powstydziły by się najlepsze uczelnie sportowe na świecie. Laboratoria wysiłku fizycznego, genetyczne – tę wyliczankę można ciągnąć długo.
W liście Prezydenta Sopotu do pani minister prof. dr hab. Leny Bobińskiej – Kolarskiej napisanym po zakończeniu Halowych Mistrzostw Świata w Lekkoatletyce, 17 marca 2014 r przeczytać można: „Z prawdziwą satysfakcja pragnę poinformować, że oceny zawodników po pobycie na obiektach AWFiS były entuzjastyczne. Sportowcy podkreślali, że nigdy wcześniej nie spotkali tak dobrze przygotowanej bazy sportowej, pracy fizjoterapeutów, obsługi technicznej oraz zaangażowania wolontariuszy. Wielkie wrażenie zrobiło zaplecze naukowe Uczelni i baza treningowa przeznaczona dla studentów. Dzięki AWFiS pierwsze pozytywne, najważniejsze wrażenie zostało osiągnięte.”
Usłyszałem niedawno nieco żartobliwą, ale świetnie oddającą realia ocenę: kompleks obiektów AWFiS wyglądał jeszcze niedawno jak „późny Gomułka albo wczesny Gierek”. Teraz jest to „autentyczny Moska”. Ma to swoje uzasadnienie, osoby znające AWFiS od wielu lat  jednoznacznie stwierdzają, że żaden z poprzedników obecnego rektora, prof. dr hab. Waldemara Moski  (przy całym szacunku dla ich dokonań) nie zrobił tyle dla uczelni co on. Nie można się z tym nie zgodzić porównując stan campusu sprzed zaledwie kilku lat z dzisiejszym jego wyglądem.
Pamiętać przy tym trzeba, że rektor objął ster uczelni w warunkach najtrudniejszych z możliwych. W kasie uczelni ziała ogromna na kilkadziesiąt milionów złotych dziura. Do drzwi dobijał się komornik, zakład energetyczny właśnie podejmował decyzję o odcięciu energii. Nie było pieniędzy ani na pensje, ani na wypłatę zaległych świadczeń socjalnych,
Sytuacja na uczelni była bardziej niż zła. Większość pracowników traktowała Akademię jako „dzienne SPA” - miejsce, gdzie przychodzi się  głównie po to by pograć w piłkę, skorzystać z sauny, poplotkować. Przekonanie osób przyzwyczajonych od lat do „nicnierobienia”, że oto nadszedł koniec laby i bierzemy się ostro do roboty było trudne. Jeszcze trudniejsze musiało być  jednak dla rektora wprowadzenie ostrych rygorów i jednoczesne utrzymanie się na – obieralnym!- stanowisku.

Sztuka jednak się udała i dzisiaj AWFiS może pochwalić się wzrostem liczby punktów impact factor (czyli „miary oddziaływania” - sposobu oceny ważności publikowanych prac naukowych)  o 8000% !!! (?). Uczelnia odzyskała utracone wcześniej prawo nadawania tytułów doktorskich. Wszystko to w warunkach kryzysu gospodarczego i niżu demograficznego skutkującego mniejszą liczbą studentów (a co za tym idzie niższą dotacją celową z Ministerstwa).
Rozwój uczelni został zaplanowany  przez rektora Moskę i jego zespół w 2010 roku  i spisany w dokumencie „Strategia Rozwoju AWFiS do roku 2020”. Wówczas - poza autorami – mało kto w nią wierzył. Tymczasem w jej ramach sfinalizowano już między innymi laboratoria, nowoczesny budynek dla Wydziału Turystyki i Rekreacji oraz uczelnianej administracji, sieć ciepłowniczą oraz udoskonalenia dla osób niepełnosprawnych.  Założony w „Strategii” efekt uda się osiągnąć z kilkuletnim wyprzedzeniem.

Z „poprzedniego okresu” pozostały jeszcze dwa tak zwane „domonty” - dawne budynki biurowo – dydaktyczne. Są przeznaczone do rozbiórki, ale póki co pełnią ważną rolę – pozwalają zobaczyć, jak dalece dzisiejsza AWFiS różni się od tej sprzed zaledwie czterech lat.
Paweł Malicki
ASA

Będzie drogo

Wyżej piszemy o niezależnym od dostaw paliw systemie ogrzewania domów.
  Od siebie dodam, że urządzenie jest bardzo na czasie – i to nie tylko ze względu na dotacje. Gaz zdrożeje – i to bardzo. Ze względów ideologicznych będziemy kupować go w Katarze, Norwegii czy gdzie tam jeszcze go nam sprzedadzą. Gaz rosyjski mamy kupować... via Słowacja albo Niemcy, żeby nie kalać się kontaktami z Rosją. Może to i ideologicznie słuszne, ale nasza kieszeń odczuje tę zmianę kursu boleśnie.
Amerykanie już się wycofali z pomysłu sprzedaży skroplonego gazu Europie. Ponoć Azjaci zapłacą więcej.
Nasza wielka nadzieja, czyli gaz łupkowy, skończy się równie wielką klapą. Z poszukiwań tego gazu wycofała się kolejna, tym razem włoska firma Eni (nie przedłużyła dwóch z trzech licencji). Wcześniej wycofały się amerykańskie firmy Exxon i Marathon Oil oraz kanadyjska Talisman. Niemiecka firma RWE z kolei sprzedaje swoje polskie koncesje... Rosjanom.
Mało kto zdaje sobie sprawę, że węgiel też importujemy, po kilkanaście milionów ton rocznie. Skąd? Głównie z... Rosji (60%), której przywódcę otwarcie porównuje się w naszych mediach do Adolfa Hitlera. Polscy politycy nawołują cały świat do walki z jego krajem... To się nie może dobrze skończyć.

W tym kontekście ogrzewanie made by Fundacja Energii Alternatywnej wydaje się naprawdę dobrym pomysłem.
Paweł Malicki

Zamiast strzelać – porażą 

Policjanci dzisiaj noszą broń raczej dla dekoracji niż z rzeczywistej potrzeby a używają jej głównie na strzelnicach. Wolą dać się pobić przez chuliganów niż użyć jej – nawet w obronie własnej. Powodem są policyjne procedury wymagające by policjant, który użył broni udowodnił czy aby na pewno nie jest wielbłądem.
W skrócie rzecz biorąc, tłumaczenia się - choćby ze strzału oddanego w powietrze – policjanci mają tyle, że skórka nie warta wyprawki. Przełożony zawsze może udowodnić, że policjant działał niezgodni z „przypadkami użycia broni” opisanymi w ustawie. Przyjdzie mu to tym łatwiej, że sytuację ocenia siedząc bezpiecznie za wygodnym biurkiem. W efekcie co niektórzy policjanci noszą w kaburach... kanapki albo papierosy.
To się ma zmienić – wreszcie policjant będzie się bał użycia broni mniej od przestępcy. Obok broni palnej mają wejść w użycie dwustrzałowe paralizatory elektryczne. Są to urządzenia generujące impulsy elektryczne o wysokim napięciu, powodujące skurcze, zwiotczenia i bóle mięśni. Obezwładniają napastnika na czas ok. 10-15 minut. W założeniu nikogo nie zabiją – ale tylko w założeniu. Pamiętamy jeszcze śmierć Polaka na kanadyjskim lotnisku – spowodowaną właśnie przez elektryczny paralizator. Zamiast wołać: „stój bo będę strzelał” policjanci powinni teraz wołać: „jeśli masz elektryczny rozrusznik serca natychmiast mnie o tym poinformuj”.
Te urządzenia będą dość kosztowne, za sztukę zapłacimy po ok. 8000 zł. Drogo, bo oprócz rażenia prądem będą jeszcze nagrywały film dźwiękowy z ich użycia, co pozwoli rozstrzygnąć wątpliwości, czy zostały użyte zasadnie. Będą służyć też jako przenośna kamera wideo, którą policjanci będą musieli nagrywać prowadzone przez siebie interwencje, nawet jeśli nie będą mieli zamiaru używać paralizatora. To oznacza, że legitymujący obywatela policjant będzie cały czas do niego celował...
Tak samo zresztą  jak funkcjonariusze
ABW, BOR straży rybackiej i leśnej - te instytucje również zamierzają wprowadzić na wyposażenie paralizatory.
Wg. informacji Komendy Głównej Policji, możemy spodziewać się wprowadzania tych urządzeń do użytku od 2015 roku, ogłoszono już przetarg na pierwsze 600 szt. Obecnie trwają testy w Szkole Policji w Słupsku
Gorzej, gdy przyjdzie strzelić w opony samochodu, który nie zatrzymał się do kontroli...
Piotr Bosse


Uczelnia z jedną wadą
Zgodnie z zapowiedziami 4. kwietnia miało miejsce uroczyste otwarcie gruntownie wyremontowanego kampusu gdańskiej AWFiS. Na uroczystość przybyli: Janusz Lewandowski - Komisarz UE ds. budżetu i programowania finansowego i Prezydent Sopotu, Jacek Karnowski. Ten ostatni, zaczął swoje wystąpienie od słów: „AWFiS ma tylko jedną wadę: tę, że nie znajduje się w Sopocie”

"Autentyczny Moska"
Ze starych budynków pozostały właściwie tylko mury i stropy. Teraz ocieplone, pokryte nowymi elewacjami. Nowe są dachy, instalacje elektryczne, cieplne, podłogi, okna i drzwi. Wymieniono całą armaturę łazienkową. Nowe są nawet rurociągi doprowadzające ciepło do budynków.      Czytaj dalej
Prezes z Komodo
(...) Trudno się dziwić, że w tej sytuacji z bazy sportowej i badawczej  częściej korzystają hinduscy sportowcy niż zawodnicy AZS. Prezes musiałby zwrócić się z prośbą do faceta, który wylał go z roboty i z którym ciąga się po sądach.    Czytaj dalej

Sukces AWFiS
(...) Jak to jednak zwykle bywa z dzieleniem skóry na niedźwiedziu, który jest jeszcze w lesie, niedźwiedź z lasu wyszedł i pogonił myśliwych.   Czytaj dalej


Balansowanie nad przepaścią
Zamach na AWFiS (1)

Kiedy zabierałem się do pisania na temat zwolnienia z gdańskiej Akademii Wychowania Fizycznego i Sportu prof. Marcina Krawczyńskiego nie spodziewałem się, że odkryję aferę na skalę krajową.

Czytaj dalej


Korporacyjna zmowa?

Zamach na AWFiS (2)

Pracownicy gdańskiej Akademii Wychowania Fizycznego i Sportu nie mają pojęcia, że cudem tylko uniknęli likwidacji swojego miejsca pracy. Czytaj dalej


Wojna trwa
Zamach na AWFiS (3)
  W poprzednich numerach ujawniliśmy kulisy „zamachu na AWFiS” - czyli działań mających na celu doprowadzenie tej uczelni do upadłości i de facto przejęcia jej przez szkolnictwo prywatne.
Gra idzie o dziesiątki milionów złotych – jeśli pod uwagę brać tylko ministerialne dotacje z tytułu przejęcia studentów.      Czytaj dalej

Kontratak
Zamach na AWFiS (4)
Rektor AWFiS prof. Waldemar Moska(...) Mimo ujawnienia mechanizmu afery, wskazania palcem na osoby odpowiadające za działania na szkodę tej uczelni, proceder trwa dalej. Podejmowane są próby zdyskredytowania i odwołania kierownictwa Akademii, intensywnie tworzony jest czarny PR.   Czytaj dalej

Ring szkół  wyższszych
Jeśli ktoś ma jeszcze wątpliwości co to tego, o co toczy się gra wokół AWFiS, służę cytatem z artykułu w Rzeczpospolitej: (...)

Czy zmiany w systemie edukacji są  pilnie potrzebne?

Wywiad z Franciszkiem Potulskim, matematykiem, posłem na sejm II, III, IV i V kadencji, sekretarzem stanu w MENiS, wykładowcą Prawa Oświatowego.
Czytaj dalej
Prezes z Komodo

Sytuacja jest kuriozalna. Otóż na terenie gdańskiej AWFiS funkcjonuje klub AZS AWFiS (Akademicki Związek Sportowy Akademii Wychowania Fizycznego i Sportu). Osoby niezorientowane mogą uważać, że ten klub sportowy związany jest z uczelnią. I jest – tylko w inny sposób, niż można by tego się spodziewać.


Kluczem do paradoksalnej sytuacji jest bez wątpienia osoba Prezesa klubu, zwanego złośliwie przez działaczy „Prezesem z Komodo”. Wiadomo dlaczego, bowiem prezes nosi dwuczłonowe nazwisko „Jaszczur – Nowicki”.  Jak twierdzą, nie o fizyczne podobieństwo tu chodzi ale o  egzotyczne zachowania.

Irytacja działaczy znacznie wzrosła po  Halowych Mistrzostwa Świata w Lekkoatletyce w Sopocie, które odbyły się w dniach 7 - 9 marca 2014 r. Impreza - jedna z sześciu największych w świecie -  zgromadziła  – jak się szacuje - 2 mld widzów przed telewizorami. Odbywała się niemalże za płotem AZS – u. Niestety, gdański klub był tam nieobecny z przyczyn dość oczywistych.

Jest to tym bardziej symptomatyczne, że AWFiS potrafiła tam zaistnieć i to na niebywałym poziomie. Tak o tym napisał Prezydent Sopotu w liście do pani minister prof. dr hab. Leny Bobińskiej – Kolarskiej: „(…) W gronie najważniejszych współorganizatorów znalazła się Akademia Wychowania Fizycznego i Sportu w Gdańsku, która przyjęła na siebie obowiązki gospodarza bazy treningowej dla uczestników zmagań sportowych. Dla AWFiS zawody zaczęły się 10 dni przed oficjalnym terminem rozpoczęcia Mistrzostw. Większość zawodników postrzegało Polskę właśnie przez pryzmat przygotowań bazy treningowej.
Z prawdziwą satysfakcja pragnę poinformować, że oceny zawodników po pobycie na obiektach AWFiS były entuzjastyczne. Sportowcy podkreślali, że nigdy wcześniej nie spotkali tak dobrze przygotowanej bazy sportowej, pracy fizjoterapeutów, obsługi technicznej oraz zaangażowania wolontariuszy. Wielkie wrażenie zrobiło zaplecze naukowe Uczelni i baza treningowa przeznaczona dla studentów. Dzięki AWFiS pierwsze pozytywne, najważniejsze wrażenie zostało osiągnięte. W następnych dniach zapoczątkowany na AWFiS sukces udało się utrzymać i Mistrzostwa przeszły do historii jako impreza o bardzo wysokim poziomie, doskonale zorganizowana”.

Więc jak to możliwe? Z jednej strony baza sportowa, fizjoterapeuci, zaplecze naukowe na poziomie takim, że bywałym w świecie zawodnikom szczęki opadają, a z drugiej klub, którego zawodnicy muszą wykupić bilety w kasie dla widzów, by zobaczyć co się na arenie dzieje?

Może władze AWFiS są zwyczajnie upierdliwe i nie da się z nimi współpracować? Zobaczmy więc op. cit. Prezydenta Sopotu: „(...) Szanowana Pani Minister, w Sopocie Polska odniosła historyczny sukces, który nie byłby możliwy bez doskonałej współpracy z JM prof. Waldemarem Moską.” (rektorem AWFiS – przypis mój -P.M.). Dla zainteresowanych podaję link do wspomnianego listu: tutaj.

Nie wiadomo, na jak długo rektorowi AWFiS wystarczy cierpliwości. Oto w obiektach tej uczelni trenują zawodnicy klubu mającego „AWFiS” w nazwie, uczelnia łoży na klub ten  pieniądze – a efekty są żadne, wręcz kompromitujące. Podkreślić trzeba, że rektor AWFiS bynajmniej nie musi udostępniać AZS-owi obiektów sportowych. To tylko kwestia jego dobrej woli – klub jest tylko gościem w obiektach uczelni.

Na dodatek  prezes klubu nie chce mieć z AWFiS nic wspólnego. Nie chce, bo – co jest tajemnicą poliszynela – jest silnie skonfliktowany z Rektorem. Prezes jeszcze do maja ub. roku był prorektorem ds. rozwoju tej uczelni. Do jego zadań należało opracowanie dokumentacji do Krajowych Ram Kwalifikacji, zleconej przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. W pewnym uproszczeniu – brak  tej dokumentacji mógłby skutkować upadkiem uczelni bowiem  przepadły by państwowe dotacje. Termin ostateczny zakreślony przez Ministerstwo upływał z końcem maja. Na początku maja okazało się, że dokumentacji nie ma i nie będzie.

Prorektor otrzymał wypowiedzenie, z którym się nie pogodził – od prawie roku ciągną się rozprawy przed Sądem Pracy. Jeśli wygra – uczelnia będzie musiała zapłacić mu niemal 150 tysięcy złotych.

Wygrać się stara na wszelkie sposoby – wraz ze zwolnionym w tym samym czasie innym profesorem odbył spotkanie przy drzwiach zamkniętych z ówczesną Minister  Nauki i Szkolnictwa Wyższego, prof. Barbarą Kudrycką. Efekty tego spotkania odbijają się Uczelni czkawką do dnia dzisiejszego – choćby w postaci kontroli, które przyjeżdżają z zadaniem znalezienia uzasadnienia dla z góry założonej tezy. Widać je też w inspirowanych przez zwolnionych profesorów publikacjach prasowych – ewidentnie obliczonych na tworzenie „czarnego public relations” AWFiS. Jest popularny portal w Trójmieście, który pisze o AWFiS tak jak Henry Ford malował swój model T. Wydźwięk artykułu może być dowolny – pod warunkiem, że przedstawi AWFiS w czarnym kolorze. Oczywiście nie ma nic za darmo – ale o tym już pisaliśmy.
 
Trudno się dziwić, że w tej sytuacji z bazy sportowej i badawczej AWFiS częściej korzystają hinduscy sportowcy niż zawodnicy AZS. Prezes musiałby zwrócić się z prośbą do faceta, który wylał go z roboty i z którym ciąga się po sądach. Z ludzkiego punktu widzenia jego niechęć do takich działań jest  nawet jakoś zrozumiała.

Mniej zrozumiała jest postawa zarządu AZS-u, która tę sytuację od niemal roku akceptuje i nie próbuje wytłumaczyć prezesowi, że jego prywatne sympatie i antypatie nie mogą przekładać się na „dołowanie” całego klubu. Na posiedzeniu tegoż zarządu w ostatnim dniu marca bieżącego roku odważono się wprawdzie zasugerować prezesowi złożenie rezygnacji, ale na razie nic się nie zmieniło.

Sytuacja jest tak kuriozalna, że trenerzy z własnych pieniędzy od lat z własnej kieszeni płacą rachunki za sekcję przez kilka początkowych miesięcy w roku. Zwrot pieniędzy otrzymują gdzieś tak późną wiosną. Co będzie, jeśli nie zechcą (albo nie będą mogli) dalej wykładać pieniędzy?

Pozostaje pytanie, do czego ta ambicjonalna wojenka doprowadzi. Ja wiem a Czytelnicy się domyślają
Obym się mylił.
Paweł Malicki

Ukraińskie zaskoczenie
Spróbujcie zabrać tygrysowi kawałek mięsa. Najpewniej odgryzie wam rękę. Ta oczywista konstatacja nie zadziałała jakoś w przypadku Ukrainy - państwa wchodzącego dotąd w sferę wpływów Rosji, oddzielającego ją od niechętnego jej Zachodu.



Skąd zaskoczenie, że Putin nie daje sobie odebrać wpływu na ten kraj? Było to przecież od początku oczywiste jak dwa razy dwa.
Nasi bohaterowie byłej Solidarności nawołując Ukraińców otwrtego buntu wpakowali ich w nielichą kabałę. Łatwo jest namawiać  głodnego, by zabrał tygrysowi obiad. Tyle, że trzeba mieć w zanadrzu pomysł - co zrobimy, jeśli drapieżnikowi się to nie spodoba.
Pomysłu nie było i nie ma. Wszystkie te buńczuczne zapowiedzi, że nie pozwolimy Putinowi... brzmią raczej niepoważnie. Nigdy nie było chętnych, by umierać za Gdańsk - a za Sewastopol będą?
Szczytem hipokryzji było wystąpienie Obamy, który pouczał Putina o poszanowaniu suwerenności innych państw. Mówił to przywódca kraju, który napada na dowolnie wybrane kraje i latami je okupuje jak nie przymierzając zbójnik z Drohiczyna. Oparta na bezczelnym kłamstwie USA (o broni masowego rażenia) krucjata przeciwko Irakowi sprowadziła tyle ofiar śmiertelnych, że Putin raczej jej nie dorówna. Krym nie ma tylu mieszkańców.
USA niczego nie zrobią, bo pewnie jeszcze na jakiś kraj napadną i wolą nie drażnić Rosji. Unia też skończy na gadaniu, bo po co jej taki pasztet z rosyjską wkładką.
Na placu boju pozostaną nasi politycy ze swoimi buńczucznymi deklaracjami - osobliwie Radek Sikorski, któremu wydaje się chyba, że wciąż jest obywatelem brytyjskim i co najmniej tego kraju ministrem.
 Sikorski chętnie wysłałby na Ukrainę całe nasze lotnictwo, tylko czy wszystkie cztery F-16 z amerykańskiego szrotu tam dolecą?
Piotr Bosse


Na prośbę Czytelników zamieszczamy w tym miejscu cykl artykułów „Zamach na AWFiS” w układzie chronologicznym, zapisanych w formacie WORD.
Wystarczy kliknąć na ikonkę po prawej.

Piece to przeszłość?
Roczne wydatki na ogrzewanie i ciepłą wodę w zwykłym 120 - metrowym domu nie przekraczają ponoć 2500 zł. Wychodzi taniej niż jakiekolwiek paliwo.      Czytaj dalej

Będzie drogo
Mało kto zdaje sobie sprawę, że węgiel też importujemy - głównie z Rosji, której przywódcę otwarcie porównuje się w naszych mediach do Adolfa Hitlera. Polscy politycy nawołują cały świat do walki z jego krajem... To się nie może dobrze skończyć.  
Czytaj dalej

Ukraińskie zaskoczenie
Spróbujcie zabrać tygrysowi kawałek mięsa. Najpewniej odgryzie wam rękę.



















Śmiertelny wypadek
W innym miejscu piszemy jak nie płacić mandatów z wynalazku wejherowskich urzędników – kamery Straży Miejskiej zamontowanej ZA MIASTEM, na skrzyżowaniu ul. Orzeszkowej i drogi krajowej.



Komendant tamtejszej Straży Miejskiej dowodzi, że od kiedy zamontowano kamerę, nie doszło do żadnego wypadku śmiertelnego na drodze krajowej. Wypadek jednak będzie, i to niedługo. Poirytowani kierowcy zatłuką Komendanta.

Ostatni wypadek śmiertelny wydarzył się w tej okolicy 13 lat temu i to nie z powodu przejechania na czerwonym świetle, tylko nieodpowiedzialności gówniarza, który wjechał w przystanek autobusowy.

Straż Miejska zareagowała jak lekarz, który aby zwalczyć kaszel  wsadził pacjentowi obie nogi w gips (i to z 13-letnim opóźnieniem).

Wymyślili, żeby ograniczyć tam prędkość do 50 km/h. Oprócz kamery będą mogli ustawić jeszcze fotoradar.
Nie wiem, czy pomysłodawcy tego ograniczenia są idiotami, czy kierowców za idiotów uważają. Skoro już dzisiaj, przy prędkości 70 km, tego skrzyżowania nie da się przejechać w ciągu trzech sekund, to jak niby ma to być możliwe jadąc o 20 km/h WOLNIEJ?
Ponadto, owe 3 sekundy to lipa. Nawet kierowca z refleksem Formuły 1 nie reaguje natychmiast. Przeciętny czas reakcji wynosi 0,8 sekundy, więc od zauważenia żółtego światła do sfilmowania przez kamerę auto (przy ograniczeniu prędkości) przejedzie całe 30,5 metra. Każdy jeleń zostanie upolowany.



Problem sam się rozwiąże, jeśli mandaty będzie wystawiał ktoś z zewnątrz i zaczną je płacić wszyscy – również członkowie Zarządu Miasta Wejherowa i ich rodziny. Kiedy Prezydent Miasta oberwie torebką od żony za tę kamerę, zostanie zlikwidowana w 5 minut.
Na szczęście mandatów tych płacić nie trzeba.

Piece to przeszłość?

Wszystko wskazuje na to, że nie musimy za bardzo przejmować się kłopotami z dostawami gazu czy innych paliw – ani ze spodziewanym wzrostem ich cen.



W Kąpinie k/Wejherowa działa Fundacja Energii Alternatywnej, która instaluje w domach nowy rodzaj ogrzewania. Jest to zestaw złożony z pompy ciepła nowej generacji i paneli fotowoltaicznych. Roczne wydatki na centralne ogrzewanie i ciepłą wodę w zwykłym 120-metrowym domu nie przekraczają ponoć 2500 zł. Wychodzi taniej niż jakiekolwiek paliwo – stałe, płynne czy gazowe.

Na zaproszenie Fundacji pojechałem do Pucka, aby obejrzeć dom, w którym od 2 lat działa taka pompa ciepła i porozmawiać z jego właścicielem. Pan ten – z lekka znużony wizytami ciekawskich – wcześniej ogrzewał dom węglem i koksem. Jak mi wyliczył, obecne ogrzewanie kosztuje go 200 do 300 złotych taniej (!), niż to węglo - koksowe. Do tego omijają go wszystkie nieprzyjemności z koksem związane – składowanie opału, konieczność codziennego palenia w piecu, wybieranie popiołu itd.



Tym co zaskakuje najbardziej, jest konstrukcja samej pompy. Nie ma żadnych rur pod ziemią, odwiertów – zupełnie nic. Przy domu stoi urządzenie wielkości dużego klimatyzatora, połączone z budynkiem dwoma izolowanymi rurami – i to wszystko.
Jak mi wytłumaczono, urządzenie dosłownie „wysysa” ciepło z otaczającego powietrza, schładzając je. Brzmi to niewiarygodnie, ale pompa pobiera ciepło nawet z powietrza o temperaturze -10oC, schładzając je do -20oC. Odebrane ciepło kumuluje do 55oC i dostarcza do mieszkania. Podobno działa na tej samej zasadzie co lodówka tyle, że na odwrót.
Panele fotowoltaiczne dostarczają prąd do podgrzewania wody w wymienniku ciepła. Gdy sprzedaż energii do sieci stanie się opłacalna, będzie można przełączyć je do pracy z siecią i zostać „prosumentem”.
Jak mówią w Fundacji, zainteresowanie nowym systemem ogrzewania jest OGROMNE. Trudno się dziwić zważywszy, że w tym i przyszłym roku obowiązywać będą dopłaty w wysokości 40% do paneli fotowoltaicznych i 20% do pomp ciepła. Na dodatek VAT od systemów montowanych przez fundację wynosi tylko 8% (wszystkie piece, niezależnie od paliwa obłożone są 22% VAT-em)
.















Łączny koszt kompletnego zestawu (pompa ciepła o mocy 12 kW, panele o mocy 1 kW, wymiennik ciepła i wszystkie drobniejsze elementy) wraz z montażem to koszt ok. 25 tysięcy złotych brutto.

Od tego trzeba odliczyć dotację w kwocie ok. 7 tysięcy złotych. Czy to tanio? Podobno bardzo.
W Fundacji podkreślają na każdym kroku, że są organizacją non - profit, czyli nie pracują dla zysku.

Można oczywiście zainstalować większą liczbę paneli – dotacja będzie wyższa, a koszty ogrzewania niższe. Jedna (ta wliczona w podawaną cenę) bateria paneli da rocznie nie mniej 1,2 megawata(!) energii elektrycznej.
Dla zainteresowanych szczegółami technicznymi podaję stronę internetową Fundacji: www.fea.com.pl
 P.s. fotografie pochodzą z instalacji w Pucku.
Jan Nowicki



















Darmowy licznik wejść